Najnowsze wpisy


Wyjść na deszcz czyli Alicja (IV)
18 stycznia 2019, 10:10

Maj 2018.

 

Alicji nie było.

Jechaliśmy do domu. Wiosenne słońce przygrzewające przez szybę sprawiło, że momentami zapadałem w płytki sen.

Tego ranka opuściłem szpital. Naszpikowany lekami, szczuplejszy o dwadzieścia kilogramów lecz poskładany do użytku.

Oczywiście nie było mowy bym został w mieście. Byłem za słaby, w sensie fizycznym, by poradzić sobie z funkcjonowaniem bez czyjejś pomocy. Nie mówiąc o głupim wejściu na trzecie piętro. Zabierano mnie więc tam, gdzie się wszystko zaczęło. Tylko po co? Ale nie miałem jakichkolwiek argumentów, by oponować.

Na miejscu zatrzymaliśmy się na małe zakupy. Chciałem wysiąść z samochodu, żeby odetchnąć świeżym powietrzem, wolnym od szpitalnych woni. Lecz byłem tak słaby, że i w tym trzeba było mi pomóc. Tak naprawdę tylko chciałem spojrzeć w Jej okna. Ale nic się nie stało. Wtedy zrozumiałem.

Kolejne dni podobne były jeden do drugiego: sen - leki - posiłek - spacer do huśtawki w ogrodzie, gdzie miałem posłanie - sen - leki - posiłek - sen. Dużo snu, odsypianie każdej nocnej śmierci. Żadnych spacerów, żadnych wizyt z zewnątrz. Na to było jeszcze za wcześnie.

Po upływie kolejnych dni, łączących się w tygodnie, zacząłem wychodzić. Początkowo niedaleko: do znaku, do skrzyżowania, do Remizy. Potem trochę dalej w drugą stronę: do drogi na Starą Kolonię. Dopiero pod koniec miesiąca nabrałem wystarczającej siły i pewności by wypuszczać się już powoli po całej okolicy.

 

Któregoś, pochmurnego dnia wybrałem się na spacer w kierunku Parku. Byłem już dość daleko kiedy zaczęło padać. Skręciłem na dziedziniec starej szkoły by schować się pod zadaszeniem wejścia. Zdążyłem w ostatniej chwili, gdy lunęło. No nic, pozostaje czekać, aż przestanie. Założyłem słuchawki i czekałem. Ale najwyraźniej zaniosło się na dobre....

Kiedy zaczęło szarzeć postanowiłem wracać. Trudno, to tylko deszcz. Nic mi się nie stanie. Postawiłem kołnierz kurtki i wyszedłem. Minąłem bramę i wychodząc zza szpaleru tui stanąłem twarzą w twarz z Alicją. W najgłupszy możliwy sposób...

Musiała wracać z rolek kiedy złapała Ją ulewa, bo przemoczona była do żywego. Patrzyliśmy na siebie przez najdłuższe pięć sekund życia.

Otrząsnąłem się pierwszy. Ustępując Jej drogi ruszyłem w kierunku domu. Gdy nagle poczułem szarpnięcie.

Alicja, wczepiwszy się w rękaw kurtki, z niebywałą siłą pociągnęła mnie z powrotem na szkolny dziedziniec. A potem pod zadaszenie.

"No pięknie. I co dalej?" pomyślałem.

 

"Dlaczego?" zapytała cicho z wzrokiem wbitym w ziemię.

"Dlaczego co?"

"Gówno!" spojrzała na mnie z wściekłością "Miałam nie czekać, tak? To chciałeś osiągnąć? No to Ci się to udało! Nie czekałam."

"W porządku"

"Nie, kurwa. Nie w porządku! Nic już nie jest w porządku."

"Odpuść, Mała. Już starczy..."

"Co, znowu uciekasz, Maks? Ile jeszcze będziesz uciekał? Przede mną czy kimkolwiek... Całe życie? Nie. Bo ja jeszcze z Tobą nie skończyłam!" wysyczała mi prosto w twarz.

A potem pocałowała.

To był najdłuższy i najgłębszy pocałunek w moim życiu. Z kimkolwiek. A zarazem najbardziej gorzko-słony.

Potem wyszliśmy w deszcz. I ruszyli. Każde w swoją stronę...

 

C.D.N. 

 

 

Rollercoaster czyli Kruszka (III)
15 stycznia 2019, 09:42

1999/2001

Przez kolejne trzy lata Naszego związku ilość blizn z nieustannej walki zwolna zbliżała się do wartości krytycznej. Powoli dotarliśmy do etapu, w którym zaczęliśmy od Siebie uciekać. Do kolejnych, coraz to nowych Osób.

Oczywiście na zewnątrz wszysto nadal wyglądało perfekcyjnie. Umiejętność zachowywania zewnętrznych pozorów Kruszka opanowała znakomicie. Brudy prało się wewnątrz, byle tylko ludzie nie powiedzieli... Ba, ludzie. Nawet Nasi rodzice! Nie oponowałem.

Trudno mi dziś określić, kiedy dokładnie się zaczęły Nasze ucieczki. Czy w chwili kiedy coraz mniej mieliśmy ze sobą o czym rozmawać. Po za, oczywiście, nieustannym warczeniem. Czy kiedy chwile Naszej intymności sprowadziły się do zwykłego, mechanicznego aktu, który należy odhaczyć w trosce o psychiczną higienę. Zachowywaliśmy się jak stare, wypalone małżeństwo, choć nawet małżeństwem nie byliśmy.

Zresztą już wcześniej powinienem był zauważyć nadciągający sztorm, kiedy po dwóch latach "bycia" zdecydowałem się nie odkładać pewnych spraw na dłużej.

Ale przejrzała mnie. "Proszę, nie rób tego, Maks... Nie chciałabym odpowiedzieć Nie..."

Maskowała się doskonale, bo nawet nie zauważyłem, że wtedy już był Janusz. Młodszy kolega z tej samej klatki (dwa piętra niżej), któremu udzielała korepetycji nie tylko z angielskiego. Gnojek sobie coś ubzdurał, bo gdy mijaliśmy się w drzwiach Jej mieszkania patrzył na mnie z godnym politowania uśmiechem. Odpuścił, gdy szybko zlokalizowałem na Uczelni, pierwszoroczniaczka i kulturalnie mu wytłumaczyłem, że jeśli będzie jadał z nie swojej miseczki to raczej później będzie się pożywiać pokarmem płynnym. Poskutkowało.

Wtedy jeszcze mi chyba zależało. Bardziej niż Jej.

Później, gdy kupiła samochód, bo zaczęła dorabiać poza studiami, potrafiła "nie mieć dla mnie czasu" tygodniami. No i ten niebieski VW w którym widywałem ją czasem na mieście z jednym i tym samym Lalusiem. I Jej pójście w zaparte, że muszę mieć najwidoczniej jakieś omamy. Oczywiście cały czas formalnie byliśmy parą.

Do czasu, aż coś we mnie pękło. I na jednej z weekendowych imprez, w zaprzyjaźnionej knajpie, zauważyłem pewnego sympatycznego, zielonookiego rudzielca. Dosyć szybko poszło, jak zaczęliśmy się do siebie kleić. Do dziś pamiętam, jak w środku nocy, brnęliśmy, wstawieni, przez świeżo spadły śnieg. Do mieszkania Kasi... Resztę dopowiedzcie sobie sami.

Potem poszło już łatwiej. Kolejne imprezy, kolejne łóżka... Najwyżej na jedną, góra dwie, noce...

Nasz związek z Kruszką stał się fikcją. Istniał tylko w oczach Naszych rodziców i znajomych. A my ich z błędu nie wyprowadzaliśmy.

Nie wiem dlaczego, ale i tej fikcji nie potrafiliśmy przerwać... Co więcej - nawet przed sobą nie ukrywaliśmy już dłużej naszych wyskoków, traktując je jak jeszcze jeden element psychologiczno-sadystycznej Krucjaty.

 

Ale najlepsze miało dopiero nadejść.

W sierpniu 2001 roku, podczas naszego z Kruszką pobytu w Stanach Zjednoczonych, w moim życiu pojawiła się Ola...

 

C.D.N.

 

 

 

 

 

 

 

Czyściec
11 stycznia 2019, 09:34

Kwiecień 2018.

 

Zastanawialiście się kiedyś jak umiera człowiek?

Ja też nie. Teraz miałem to każdej, bezsennej nocy.

Czasami gasł cicho, jakby przepraszając za sprawiony kłopot. Ale znacznie częściej walcząc o każdy następny oddech, który mógł się okazać ostatnim. I wierzcie mi: nie pomoże żadne zatykanie uszu poduszką. To charkoczące rzężenie wciska się każdym możliwym zmysłem w głąb twojego ciała. Przynajmniej dopóki się nie przyzwyczaisz. I wierzcie lub nie, ale do wszystkiego można przywyknąć.

Z czasem osiągasz taki poziom obojętności, że już nawet tego nie słyszysz. I tylko czasami syczysz przez zaciśnięte zęby: "Człowieku, skończ się już! Daj spkój sobie i nam. Bo ci, co jeszcze żyją, chcą spać!"

O wiele bardziej irytujący są żywi, którzy urządzaja tetralnie pandemoniczne sceny, kiedy już wiedzą, że ich Ojciec/Brat/ Matka/Babcia/ Dziadek ruszają w swą ostatnią prostą. I tym więcej dramatyzmu wkładają w swe role im bardziej za życia mieli ich w dupie.

Masz ochotę wtedy własnoręcznie skuć im te fałszywe mordy. Z bardzo pragmatycznej przyczyny: bo już wiesz, że tej nocy Nieszczęśnik konać będzie dwa razy dłużej...

Podczas mojego dwuipółtygodniowego pobytu, z samego Oddziału wywieziono ponad trzydzieści osób.

I wierzcie mi to tylko liczby. Tak należało myśleć by nie zwariować...

Do monotonii też można przywyknąć. Od świtu, do pory obiadowej zabiegi: podpinanie, odpinanie. Kłucie, odsysanie jednego by pompować drugie. Dziesięciocentymetrowa igła wchodząca w opłucną bywa straszna tylko pierwszym razem. Potem to już naturalne. Jak kichnięcie...

Po południu potworna nuda zabijana spaniem. Na zapas. Bo wiesz, że późnym wieczorem znowu zacznie się pora konania.

Z czasem również zanika poczucie zażenowania, gdy na przykład dwudziestoparoletnia pielęgniarka wiezie cię wózkiem przez pół szpitala bo nie jesteś w stanie sam dotrzeć na tomograf. W następnej fazie zanika poczucie wstydu gdy siedzisz półnagi, a świeżo upieczona lekareczka maluje cię markerem pod czujnym okiem Mentora sprawdzającego czy prawidłowo oznaczyła miejsce wkłucia drenu.

W końcu jesteś tylko mięsem na taśmie produkcyjnej ZOZ-u. Im wcześniej to pojmiesz tym lepiej...

Czy myślałem o Alicji?

Raz. Po tym jak pewnego dnia odpłynąłem. Daleko, bardzo daleko.

I powiem Wam po cichu: TAM, pod samą Granicą, naprawdę nie ma Nic. Tylko wszechogarniający Spokój.

 

Parę dni później ze swego smartfona usunąłem Messengera, skasowałem Facebooka. Wyrzuciłem Ją ze swoich myśli. Tak było trzeba. By Jej wszystkiego oszczędzić.

Dopiero później dowiedziałem się prawdy.

Ale o tym zupełnie innym razem.

 

 

 
...

 

Kruchy lód czyli Alicja (III)
08 stycznia 2019, 10:23

Z końcem stycznia 2018 nadszedł czas otrzeźwienia.

Internetowe kontakty stanowiły jedynie substytut prawdziwej bliskości. W dodatku ujawniały brutalną prawdę o pokoleniowej różnicy wieku, uświadamiając, że tak naprawdę mówimy zupełnie różnymi językami. Na dobrą sprawę kompletnie się przecież nie znaliśmy. Układanie czegoś na fudamencie kruchego lodu z jednego, grudniowego wieczoru i jednej, gorącej, nocnej rozmowy wydawało się czystym szaleństwem. "Maks, budzimy się! To totalnie nie ma przed sobą żadnej przyszłości." Myśl ta, natrętnie krążąca pod czaszką, powoli zaczęła docierać do sedna zdrowego rozsądku. Dlatego też, w Walentynki, kompletnie odciąłem się od Sieci. Lepiej było nie kusić losu. Zwłaszcza, że niemal za progiem coś wydawało się powoli układać w miarę logiczną całość. Postanowiłem poczekać do Wielkanocy, by wszystko wyjaśnić osobiście.

I wtedy stało się to.

Choroba zaatakowała w marcu. Postępowała skutecznie i nieubłaganie.

Do Wielkiejnocy zostało kilka dni. Postanowiłem przeczekać. Klikadziesiąt godzin w tę czy tamtą chyba nie miało aż takiego znaczenia.

Do domu pojechałem na oparach rezerwy. Za co zresztą zebrałem solidne bęcki. Absolutnie słuszne.

Tego samego dnia, gdy przyjechałem, poszliśmy w odwiedziny.

Żeby było jasne: o tym co wydarzyło się w grudniu nie wiedział nikt. Poza mną i Małą.

 

Alicja zeszła do salonu w chwili gdy siadaliśmy do stołu. Wyglądała bajecznie, w przeciwieństwie do mnie.

I natychmiast skierowała się do krzesła obok mojego.

Rozmowa toczona była w luźnej atmosferze i generalnie oscylowała wokół ostatniego wyjazdu Małej do Londynu. Rodzice Ali pękali z dumy. Ja siedziałem cicho. Nie dlatego, że gnębiło mnie poczucie winy lecz po prostu nie miałem za dużo sił.

Alicja zachowywała się absolutnie swobodnie, bez jakiejkolwiek dozy naburmuszenia. Jednak nie uszło mojej uwagi, że z każdym, rzuconym w moim kierunku, spojrzeniem bladła coraz bardziej. No tak, przyszłego fachowca nie oszukasz...

A ja nawet nie umiałem wysiedzieć do końca.

W końcu nie wytrzymała i zaproponowała bym przesiadł się na wygodniejszą kanapę. Z ulgą przyjąłem Jej pomoc.

Podając mi poduszkę usłyszałam jej cichuteńką prośbę.

"Maks musisz.. MUSISZ iść do lekarza!"

Była naprawdę przerażona.

Kilka dni później trafiłem do szpitala...

 

C.D.N.

W kwestii technicznej
07 stycznia 2019, 00:11

 

 

Od dnia 08.01.2019 posty publikowane będą w każde piątki i wtorki

 

Zapraszam do lektury!

 

Całkowite zaćmienie czyli Kruszka (II)
06 stycznia 2019, 13:00

Styczeń 1999.

Wzajemne "docieranie się" z Kruszką zaczęło się dopiero od tego momentu. Gdy priorytety naszych działań przestawiliśmy z trybu "Ona I Ja" na "My". W zasadzie niemalże zaraz po Nowym Roku.

Wiecie, że dopiero teraz zdałem sobie sprawę jak wiele rzeczy dziejących się na przełomach lat, choć z pozoru błahych, okazywało się jednak brzemienne w skutki ciągnące się przez późniejsze życie?

Tak więc rozpoczęły się: pierwsze, poważne zakupy - takie z opcją "na dalsze życie", pierwsze wspólne pomieszkiwania, takie parodniowe, z doskoku (zależało to od tego, które z naszych mieszkań okazało się chwilowo "wolne"). Pierwsze wspólne wakacje. Niekończące się spacery, dyskusje, spory. Pielęgnacje gdy drugie chorowało. Kuchenne eksperymenty. Pierwszy, wspólny seks...

I właśnie wtedy, po raz pierwszy, spod pozornie idealnej skorupki, powoli zaczęła się wyłaniać Ciemna Strona Księżyca...

Nasze charaktery okazały się całkowicie nieprzejednane. A pojęcie Kompromisu dla Nas kompletnie nie istniało. Zastąpiło je słowo: Konfrontacja. Wszystko albo nic. Totalnie, bez żadnych półśrodków. Pozornie niewinne konflikty urastały do rangi pojedynków toczonych na śmierć i życie. Tym cenniejszych, im bardziej bolało. Przegrywało to, które całkowicie uznawało swą porażkę, oddając pole. W okazywaniu sobie psychicznego sadyzmu szybko doszliśmy do absolutnej perfekcji. Z każdej walki wynosliśmy coraz to nowe blizny, które szybko zarastały dość twardą skorupą. Wydawały się Nam wtedy powodem do dumy. Ale w ten sposób tak naprawdę przegrywaliśmy Siebie...

 

Od małych awantur, kiedy, na przykład, dzięki Kruszce przekonanej o własnej nieomylności w orientowaniu mapy wylądowaliśmy nagle trzy kilometry wgłąb terytorium Republiki Czeskiej. Bez żadnych dokumentów, na piechotę, przez słabo zaznaczoną granicę w Beskidach. I to w czasie przedunioeuropejskich. Nie mówiąc już o strefie Schengen. Cudem wróciliśmy. Chyba tylko dzięki własnej głupocie - bez konsekwencji. Ale awanturę o kompletnym braku odpowiedzialności rozpętałem przednią.

Albo Jej furia o fakt, że nie poczekałem głupie pięć minut kiedy ona właśnie WTEDY tak liczyła na bożonarodzeniowe spotkanie. A jakże, w grudniu! OK, spotkanie to spotkanie. Nie w pierwszy dzień, to w drugi. Co za problem? Miałem kolejną godzinę sterczeć pod drzwiami? Nie, NIE w drugi dzień. I TAK, miałem sterczeć! Rzuciła mi wtedy rzeczami w twarz i kazała, no... łagodnie mówiąc SPADAĆ! Jasne. Nie chcesz to nie. Nie będzie nic. Poszedłem...

I z takich to małych elementów zaczynał składać się Nasz związek. Oczywiście zawsze wracaliśmy, przechodząc do kolejnego etapu, bez jednego nawet PRZEPRASZAM. Bo po stokroć gorzej było Nam jednak bez siebie...

 

Istniała jeszcze jedna kwestia w Naszej relacji, która jątrzyła niczym cierń w otwartej ranie. Ale nawet we wspólnym zapamiętaniu nie umieliśmy z niej zrezygnować. Bo wciągała jak najtwardszy narkotyk. Powiedzmy, że sprawę Wierności traktowaliśmy dość specyficznie...

 

C.D.N.

 

Jesteś szalona czyli Alicja (II)
05 stycznia 2019, 16:00

Grudzień 2017.

Poświąteczny chaosik ma też swoje dobre strony. Zwłaszcza jeżeli nie musisz od razu wracać do pracowniczych obowiązków. Zazwyczaj zostaje jeszcze dobra wszelakiego, kuszącego aby miłe chwile biesiadowania troszeczkę przedłużyć...Tyle, że wszysto niesie ze sobą określone konsekwencje... Ale: po kolei.

Prosta zasada rewanżu głosi: Ugość, gdy Byłeś Goszczony.

Spotkaliśmy się w gronie przyjaciół krótko przed Sylwestrem. Nie więcej niż dziesięć osób. W tym nasi poprzedni Gospodarze: Michał i Agnieszka, z Alicją ma się rozumieć. Tego wieczoru Mała była w dwójnasób naburmuszona, milcząca i wycofana z ogólnej wesołości. Zajęty współgospodarzeniem imprezy jakoś niespecjalnie zwracałem na to uwagę. Przegapiłem moment gdy się wymykała. Zapewniam Was, że zupełnie przypadkiem chwilę później wyszedłem do kuchni nastawić wodę na herbatę. I tylko dlatego zauważyłem jak Alicja ubiera się i wychodzi. Ale dlaczego w wieczorowym obuwiu na mróz? Postawiłem czajnik i zaintrygowany wyszedłem za Nią. O sytacji sprzed paru dni zdążyłem już zwyczajnie zapomnieć...

 

Stała na schodach wyraźnie się nad czymś zastanawiając.

"Ej, zamierzasz, w tych bucikach, wracać trzy kilometry przez śnieg?"

Odpowiedziała wzruszeniem ramion.

Znaczy: foch. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że u Niej to stan niemal permanentny.

"Dobra, co jest Alicja? O co chodzi? Czego Ty chcesz?" I chyba o to ostatnie pytanie było jednak za dużo.

"A powinnam czegoś chcieć? Może Ty mi powiesz, Panie Niezależny!" Była wściekła.

No dobra, czas kończyć tę szopkę. Dotknąłem Jej ramienia usiłując skłonić do powrotu do domu. Było przenikliwie zimno.

Obróciła się z szybkością atakującej kobry. I przysięgam, że czułem już w wyobraźni ten siarczyście wymierzony policzek.

To co się stało póżniej pamiętam już tylko poklatkowo...

Alicja tuląca się do mnie. Trzęsąca z zimna lub zdenerwowania. Albo obu naraz.

Nawet nie zdążyłem się dobrze pozbierać po nagłym uderzeniu dopaminy, wzmocnionym wypitym alkoholem, gdy już się całowaliśmy.

Wyrwała się tak nagle, jak wcześniej odwróciła. I popatrzyła na mnie bardzo, bardzo dziwnym wzrokiem.

"Od pierwszej czekam na Messengerze. Bądź." Po czym wróciła na imprezę.

Reszty wieczoru kompletnie nie pamiętam. Wiem tylko, że totalnie wykończony, wyłączałem laptopa o szóstej nad ranem.

 

A nasza sieciowa rozmowa docierała do mnie partiami, przez cały styczeń...

 

C.D.N.